czwartek, 31 marca 2016

Gdzie podziali się złotouści opozycjoniści?

Po pół roku ekipa rządząca dorobiła się wspaniałych osiągnięć na polu lingwistycznym. Przynajmniej raz w tygodniu odbiorcy języka polskiego są zaskakiwani wypowiedziami, które analizowane są przez prawie wszystkie media. Do historii przejdą pewno powiedzenia o gorszym sorcie, murzyńskości Polaków, elemencie animalnym. Dla badaczy języka to nie lada gratka, lecz dla obserwatorów sceny politycznej ta gra wydaje się być nierówna. 


Dlaczego opozycja nie wykształciła takiego jegomościa, który serwowałby neologizmy lub związki frazeologiczne, które ścinałyby z nóg? Dlaczego? Bo chcą być ostrożni? Ostatnia próba uwolnienia się z pęt języka w wydaniu opozycji miała miejsce na początku grudnia kiedy to Petru do Pawłowicz z mównicy sejmowej stanowczym tonem przestrzegł: proszę nie walić się w łeb. A potem grzeczne wypowiedzi nawet te wykrzyczane niewiele wniosły, choćby ta z końca lutego: Będziemy opozycją totalną! Co prawda media IV RP wciąż powtarzają hasło totalnej opozycji i demonizują sprawę, ale sformułowanie opozycja totalna w mediach zawrotnej kariery nie zrobiła. Może to jest przyczyną słabości opozycji (choć totalnej w zamiarze) i braku posłuchu wśród szerokich kręgów Polaków.

A gdyby tak się skupić na chwilkę i odpowiedzieć pięknym za nadobne. Spróbować wznieść się choćby na chwilkę Za gorszy sort powołać do życia sort kwiecisty albo sort świętych pańskich, na murzyńskość Polaków odpowiedzieć polskością Nigeryjczyków albo mongolskością warszawian albo dupowatością Waszczykowszczan, zaś naprzeciwko elementowi animalnemu twardo postawić element humanoidalny ewentualnie, po bandzie - element herosowski w szeregach ekipy rządzącej.

środa, 30 marca 2016

Element animalny w państwie i polityce

Na początku XIX wieku Fichte zachwycił swoją koncepcją państwa, któremu wszyscy byli podporządkowani. Niemcy wdrażali pomysł fichteński polepszany przez kolejnych myślicieli, aż trafili się Marks z Engelsem. Podzielili społeczeństwo na klasy i zdecydowali, że klasę uciskaną, czyli robotników należy oswobodzić. Powstał pomysł rewolucji klasowej.

Obecnie w kraju nad Wisłą wyodrębnia się w społeczeństwie lepszy sort ludzi i gorszy sort, a ostatnio nawet element animalny, jakkolwiek brzmi to przekomicznie. Za wszelką cenę należy poróżnić ze sobą Polaków, żeby zmniejszała się do zera możliwość porozumienia się. Potem już zgodnie z myślą Nietzschego wyzwolić klasę panów - nadludzi, z obecności elementu animalnego. Odbędzie się to drogą rewolucyjną, żeby wszelkie idee XIX-wieczne mogły zostać zrealizowane w jednym państwie, w szybkim czasie, a najlepiej nocą. Oto szalony pomysł w imię Polski, bo pamiętamy Przyszłość ma na imię Polska.

Nasuwa się refleksja, czy do polityki powinni dostawać się ludzie niewykształceni, ponieważ obecnie realizowany plan zakłada niewiedzę na temat totalitaryzmu dwudziestowiecznego, pokus czyhających na młode demokracje rozsiane po całym świecie, zasad funkcjonowania demokracji liberalnej, a przede wszystkim funkcjonowania wolnego rynku jako warunku rozwoju społeczeństwa jako całości i społeczeństwa jako poszczególnych jego członków. Eksponowanie niewiedzy lub udawanie przysłowiowego Greka bardzo dobrze wychodzi ekipie rządzącej. Ministrowie coraz częściej otwierają usta ze zdziwienia z pozostawionym wstrząsem w oczach: Ja tego nie wiedziałem.

O ile element animalny w państwie jest groteskowy - wywołuje skrajne reakcje, od oburzenia do wybuchów śmiechu, o tyle element animalny w polityce urasta do rozmiarów Wielkiej Inspiracji. Co roku odbywa się szopka noworoczna z udziałem polityków i tam pojawia się element animalny, jednak na bardzo krótko. Prawdą jest, że szopki noworoczne zanikają i właściwie moglibyśmy powiedzieć, że element animalny zanikał. Proces zaniku trwał do momentu kiedy to nasz geniusz narodowy wspomniał o nim w tych słowach. W każdym społeczeństwie jest taki element najbardziej zdemoralizowany, podły, animalny. Od teraz możemy swobodnie dopasowywać zwierzę do ministra lub posła, bez obrazy dla zwierząt. Z życia wiemy, że gady raczej się nie obrażają, więc możemy wejść w rejon polityki gadzin.

wtorek, 29 marca 2016

Marsz, marsz Miliona. W tył zwrot.

W szóstą rocznicę katastrofy smoleńskiej, czyli od rozpoczęcia budowy wielkiego muru polskiego między Polakami i Polakami, między trollami i lemingami, między prawdziwymi patriotami, a tymi zwykłymi, między bohaterami i zdrajcami, między tymi, którzy za i tymi, którzy przeciw miał odbyć się marsz poparcia dla rządu, nazwany Marszem Miliona. Impreza została odwołana przez organizatorów. Raz się mówi wiśta wio, a raz prrrr… takie życie biednej szkapy. Kilka tysięcy zaangażowanych ludzi otrzymało komunikat "W tył zwrot".
Znowu zostali porzuceni. ci wszyscy, którzy poświęcili ostatnie tygodnie propagowaniu tej wspaniałej idei. Lecz tym razem to porzucenie można wytłumaczyć. Sytuacja tego wymaga, żeby zachować spokój.

Każdy kto zna naturę przekorną Polaków wie, że tak czy inaczej w Warszawie pojawią się 10 kwietnia gigantyczne tłumy popierające rząd. Trzeba znać język polski i obyczaje, żeby się w tym wszystkim połapać, a na dodatek być na bieżąco z nowościami. Ekipa rządząca wprowadziła własny sposób komunikacji ze swoim elektoratem, na uwagę zasługują dwa dość istotne elementy porozumiewania się. Pierwszy to (zaczerpnięty z NLP - programowania neurolingwistycznego) wyrażanie komunikatów przy pomocy negacji, którą słyszy tylko opozycja, a własny elektorat nie słyszy. Dla przykładu, jeden z liderów partii mówi, że nie chcemy ostrej walki politycznej do przyjadu papieża, a to znaczy, że… Drugi element to tłumacze - tłumaczą narodowi, co tak naprawdę władza do nich chciała powiedzieć. W szeregach tłumaczy jest bardzo wielu duchownych, którzy z uwielbienia do zabaw językowych przeplatają treści religijne z treściami politycznymi.

W żadnym przypadku nie może być mowy o braku odpowiedzialności ze strony organizatorów marszu, ponieważ w porę się wycofali. Nie można też mówić o lekceważeniu owego miliona ludzi, bo przecież w porę została przekazana informacja i nikt z tego powodu nie ucierpiał. Nie można też mówić o tym, że tłum zlekceważonych, sfrustrowanych ludzi przyjedzie do Warszawy i poziom agresji sięgnie niebezpiecznego pułapu. Jedno jest pewne. Nikt nie ponosi za to odpowiedzialności, ani rząd, ani tłumacze.

piątek, 25 marca 2016

Komedia grana świętością

Pukają święta do drzwi i w polityce pojawia się jakość rzadko używana w tej grze, a mianowicie świętość. 25 marca obchodzi się Dzień Świętości Życia, w roku 2016 przypada to akurat w Wielki Piątek i w przeddzień tego święta politycy postanowili sobie poużywać. Dla polityków nie ma świętości ani w wymiarze starotestamentowym (świętość przypisana jest Bogu jako jego atrybut), ani w wymiarze nowotestamentowym (świętość towarzyszy szczególnym czynom i postawie człowieka), ani w wymiarze posoborowym (świętość jako wyraz miłości Boga i bliźniego). Politycy wszystko traktują jednakowo, każdy element rzeczywistości czy to sacrum czy profanum jest elementem gry politycznej.


 Żywym symbolem świętości niewątpliwie dla dużej części świata jest papież. Nasze szczęście, że doczekaliśmy wyjątkowego, odważnego i nieprawdopodobnie skromnego papieża Franciszka. Osoba papieża nie jest przedmiotem naszego rozważania, a zatem pozostawimy ten krótki opis mając pełną świadomość, że moglibyśmy napisać niejedną pracę habilitacyjną na ten temat.
Wracamy do gry politycznej rozgrywającej się w Polsce w marcu 2016 roku. Dla uproszczenia uznajmy, że w rozgrywce biorą udział dwie strony rząd i reszta, czyli opozycja taka i owaka. Po okresie narastającej polaryzacji pomiędzy zwolennikami jednej i drugiej opcji dochodzi do ruchu przedziwnego, ale znanego wszystkim  graczom z wcześniejszych zagrywek. Oto strona rządowa przemawia do swojego elektoratu, językiem, który dobrze znany jest temu elektoratowi jak sygnał do działania. Kiedy jeden z polityków mówi, żeby zaprzestać sporów i wojen politycznych to znaczy, że powinno rozpocząć się hejtowanie. Dla opozycji są to puste słowa, bo wyrzucone z kapelusza, bez żadnego uzasadnienia, ani bez przekonania, że są prawdziwe. 

Mamy oto zagrywkę bardzo skomplikowaną, spróbuję opisać ją z jednym zdaniu: W imię świętości (papieża Franciszka) wzywam po rozejmu opozycję, jednocześnie daje sygnał do walki własnemu elektoratowi i przewiduję, że opozycja zdemaskuje mój fałsz, a mój elektorat właściwie odczyta moją fałszywą negację. Nie udałaby się ta figura gdyby nie wsparcie na świętości. Niemożliwe byłyby do wypowiedzenia te słowo w kontekście przyjazdu prezydenta Obamy, misia Pandy, czy Angeliny Jolie.
Innymi słowy możemy powiedzieć doskonałe zagranie. Z historii pamiętamy takie zdarzenia, które w imię świętości wspaniale ustawiały przeciwników politycznych na straconej pozycji. Czym to się kończyło? Też wiemy.

czwartek, 24 marca 2016

Przy stole był Judasz. Dlaczego? A gdyby go nie było?

W grze, jeśli tak możemy potraktować zdarzenia sprzed prawie 2000 lat, Jezus obrał doskonałą taktykę. W przypadku wygranej, wygrałby, w przypadku przegranej też wygrał. Gdyby nie zdradził go jeden uczeń, znalazłby się ktoś inny. Kluczową postacią w grze jest Judasz. Nie jest moim zamiarem w jakikolwiek sposób obrażać uczucia religijne kogokolwiek. Moim zamiarem się prześledzenie szczególnej sytuacji w dziejach światach pod kątem strategii gry politycznej. Mam nadzieję, że chrześcijanie nie będą mieli kłopotu ze zrozumieniem krótkiej analizy opartej na Ewangelii świętego Marka rozdział 14, wersy 17-19:

Z nastaniem wieczoru przyszedł tam razem z Dwunastoma. A gdy zajęli miejsca i jedli, Jezus rzekł: «Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was Mnie zdradzi, ten, który je ze Mną». Zaczęli się smucić i pytać jeden po drugim: «Czyżbym ja?»


Za każdym razem jak gracz wypowiada sąd o przyszłości współgracze muszą się zasugerować informacją, nie mogą jej zignorować i potraktować jako niebyłą. Informacja pozostaje w grze. Spójrzmy jak dzisiaj wykorzystuje się w polityce ten element gry. Czasami nawet wskazuje się na konkrentną osobę mówiąc: Ty jesteś zdrajcą i zdradzisz nas wszystkich. Przykład z ewangelii jest bardzo, jak widzimy, nośny. Wiemy wszyscy, że zgodnie z doktryną katolicką Chrystus powiedział wskazał zdrajcę, żeby dać świadectwo swojej boskiej mocy przepowiadania przeszłości, natomiast w dzisiejszym świecie takie przepowiednie mają inne znaczenie. Przede wszystkim gracze mówiący o jakiejś tragedii, która będzie miała miejsce w przyszłości działają na emocje, co tu dużo kryć, wyborców. Przepowiadają przyszłość, żeby postraszyć (czasami zasadnie, czasami nie). Dalej przez wskazanie winnego, a przecież Jezus też wskazał winnego (ewangelia św. Mateusza 26, 21-25), gracze chcą ukonkretnić wroga. Nie ma nic bardziej medialnego niż wskazanie na tego oto Kowalskiego, który powinien być ukamienowany za to co powiedział kiedy był podsłuchiwany.

Z drugiej strony stołu siedzi biedny, posądzony o przyszłą zbrodnię człowieczyna z wyrokiem na czole nie potrafi już chyba przełknąć kromki chleba, tym bardziej popić czerwonego wina. W naszej obecnej rzeczywistości ten człowieczyna to nie byle kto, ale przeciwnik polityczny, który został zepchnięty do narożnika i obijany z każdej strony po gębie. Pewność siebie graczy politycznych i nieomylność ich sądów często, na szczęście, ich zaślepia. Ślepi gracze przestają dostrzegać co tak naprawdę się dzieje, brną w otchłań. Ciosy zaczynają być słabsze i gęba przestaje mniej boleć, a wtedy można się podnieść.

Jezus wiedział, że zostanie zdradzony, ale ze zdrajcą jadł przy współnym stole ostatnią wieczerzę, nie miał do niego szczególnych pretensji. Wiedział zapewne i to, że Judasz popełni samobójstwo, jednak nie powstrzymał biegu czasu.
Co byłoby, gdyby Judasz nie zdradził i gdyby nie znalazł się nikt kto chciałby nosić to brzemię na sobie? Ale o tym innym razem.

środa, 23 marca 2016

Co jest złego w nieokreśloności?

Każda gra polityczna musi zawierać elementy strategii dotyczące przyszłości. Niektórzy nawet twierdzą, że polityka to gra o przyszłość, a inni, że w polityce liczy się tylko przyszłość. W każdej kampanii wyborczej element odnoszący się do przyszłości musi zakwitnąć. W ubiegłym roku hasło wyborcze obecnego prezydenta brzmiało: Przyszłość ma na imię Polska. Wtedy wydawało się to hasłem trywialnym, zapożyczonym z jakiegoś starego przeboju z lat PRL-u. Teraz brzmi zwycięsko.
Wiemy, jak hasło wyborcze ma się do wyniku wyborczego, natomiast jak hasło wyborcze ma się do działań powyborczych - nie wiemy, bo na razie żadnych szczególnych badań socjologicznych na ten temat nie przeprowadzono. Chcielibyśmy wiedzieć czy wyborcy którzy postawili krzyżyk na to hasło pamiętają je jeszcze i jakie znaczenie to hasło wywiera na obecne preferencje polityczne tychże wyborców. Nie dowiemy się tego. 

 
Pozostańmy na chwilę przy samym haśle. Czy przyszłość może mieć imię? Czy przyszłość jeśli pojmujemy ją jako nieokreśloną, ponieważ jej nie znamy, może być nazwana? Albo inaczej, czy jeśli nazwiemy przyszłość dowolnie to czy wypowiemy coś nieprawdziwego? Jeśli powiedzielibyśmy Przyszłość ma na imię Cracovia, ewentualnie jak kto woli Przyszłość ma na imię Wisła, powiedzielibyśmy cokolwiek fałszywego? Nie! Ponieważ nieokreśloność przyszłości połknie każde znaczenie, pod warunkiem, że będzie ono neutralne dla naszego bezpośredniego poczucia bezpieczeństwa. Powiedzenia Przyszłość ma na imię zło, nie jest neutralne i pewno nie oddalibyśmy głosu na kogoś kto głosiłby takie hasło (poza nielicznymi wyjątkami).

Z pewną dozą ogólności możemy zatem przyjąć wniosek, że głosując na hasło Przyszłość ma na imię Polska, oddaliśmy głos na nieokreśloność (oczywiście abstrahujemy tutaj od innych pełniejszych wypowiedzi kandydata). A co w przypadku osób, które podjęły decyzję o głosowaniu na tego kandydata tylko na podstawie jego hasła, ewentualnie wyglądu? Tutaj możemy powiedzieć, że ten jedynie wymyślony przykład gdyby się urzeczywistnił byłby prezentem dla wyborcy. Wyborca ze spokojem w głosie mógłby swoją decyzję obronić nawet po dziesięciu latach twierdząc: Głosowałem na nieokreśloność i nieokreśloność towarzyszyła mojemu wyborowi przez kolejne lata.

wtorek, 22 marca 2016

Upaństwowienie. Prywatyzacja. Uspołecznienie. Jaki kurs gospodarczy jest lepszy?

Najlepiej na świecie jest być Danią, Szwajcarią i Norwegią. Dania jest najbardziej zadowolonym z życia krajem świata (według Wskaźnik zadowolenia z życia (ang. Satisfaction with Life Index, SLI)). Szwajcaria jest najszczęśliwszym krajem na świecie  (według Światowego Indeksu Szczęścia zleconego przez ONZ). Norwegia zajmuje pierwsze miejsce na liście krajów, w których chciałoby się żyć (według raportu ONZ).

Polska przechodzi przeobrażenia. Być może historia nazwie je rewolucją, być może nazwie ten czas czasem dobrej zmiany, być może historia będzie chciała zapomnieć o tym, że był rok 2015, 2016. Nie znamy oceny jakiej będą podlegać nasze czasy, ale wiemy jak możemy ocenić XX wiek i co zrobić, żeby nie powtórzyć zapaści lat powojennych. Polska nie jest ani Danią, ani Szwajcarią, ani Norwegią, a zatem najlepiej nie jest. Polska ma swoją tradycję gospodarności i tradycję niegospodarności.

Wielu dziennikarzy przebąkuje, że znajdujemy się w okresie kiedy znowu dobrym rozwiązaniem dla rozwijających się państw jest upaństwawianie i szczególna opieka najbardziej pokrzywdzonych zbyt szybkim tempem życia obywateli. Słowo upaństwowienie pada często na przemian z nacjonalizacją jako przeciwwaga prywatyzacji. Prywatyzacja zdaniem tychże szerokich kręgów nie przyniosła nic dobrego, więc jest zła sama w sobie. Proces prywatyzacji sprzyjał wylęgowi złodziei, zdrajców i kapusiów. 


Obecna polityka realizowana przez większość rządów europejskich opiera się na strategiach pijarowskich, które umożliwiają realizację przedsięwzięć pod przykrywką dobrej kampanii propagandowej. Polska nie jest wyjątkiem. Niestety większość rządów nawet jak nie rozumie na czym polega rozwój gospodarczy kraju to ma specjalistów, którzy wyjaśnią co i jak, ewentualnie opozycja nie pozwala na robienie gigantycznych błędów. W Polsce rząd nie ma żadnych hamulców. Koszmarem mogą okazać się konsekwencje niedouczenia ministrów.

Nie chcę się powoływać na całą, wielką lewicową literaturę dotyczącą upaństwowienia (wszak to lewicowcy znają ten temat na wylot!) wskażę tylko mały artykulik Adama Próchnika z 1937 roku o rozróżnieniu upaństwowienia i uspołecznienia.
"Uspołecznienie a upaństwowienie to nie jest bynajmniej to samo. Socjalizm nie dąży wcale do upaństwowienia, ale do uspołecznienia. Jest zbyt wielkim uproszczeniem zadania, jeżeli się socjalizm i etatyzm pod jeden stawia strychulec. Uspołecznienie i upaństwowienie mają tyle z sobą wspólnego, że są to dwie formy usunięcia własności indywidualnej dóbr o charakterze ogólnym."

Z dobrze poinformowanych źródeł wiadomo, że wielkim wrogiem demokracji liberalnej, czy nawet inaczej mówiąc demokracji proceduralnej jest etatyzm. Traktowany pijarowsko  etatyzm da się przeformułować na hasła o większej ilości miejsc pracy, większej kontroli nad strategicznymi obszarami gospodarki. W praktyce będzie to wyglądać tak jak wyglądało to kiedyś na terenach polskich w niezbyt odległej przeszłości. Etatyzm w praktyce był upadek gospodarki. Na zakończenie pytanie retoryczne: Czy do takich tradycji chcemy wracać, my Polacy?

Argumentacja polityczna. Argumentacja pijarowska.

W grze politycznej często używa się prostych haseł. Hasła są nośne, można je głośno krzyczeć na wiecach, ale również i w tak zwanych rozmowach politycznych. Proste sformułowania nie wymagające wielkiej refleksji stają się treścią naszych przekonań. Pomyślałem sobie, że od czasu do czasu należy próbować je odczarować, prostymi metodami…



niedziela, 20 marca 2016

CIA odtajnia dokumenty, których treść jakby znaliśmy.

Jasne światło na mroczną historię Polski lat 1981 - 1983 padło z odtajnionych archiwów CIA. Dokładnie 926-cio stronicowy dokument został opublikowany i dostępny dla wszystkich zainteresowanych. Dokument nie tylko traktuje o Polsce, ale o większości działań CIA na świecie. Wbrew oczekiwaniom wielu rodaków Polska nie była jedynym krajem na świecie, w którym działa się historia.
Dokument dotyczy głównie relacji amerykańsko-rosyjskich, w których głównym bohaterem jest podzielona na dwa obozy Polska. Wiosna 1981 roku wydaje się być bardzo istotnym momentem, ponieważ w tym czasie obydwie strony przygotowywały dość mocne scenariusze gry. Rosjanie organizowali gigantyczne manewry wojskowe przy granicy z Polską nazwane Sojuz-81. Amerykanie licząc się z interwencją Rosjan zaczęli budować strategię na tę okoliczność.
Historia jest niewyczerpanym źródłem wiedzy o narodzie. Z drugiej strony nie znamy istotnych pobudek, które kierowały drugą stroną tej rozgrywski, czyli ZSRR. Nie liczymy na to, że się kiedykolwiek dowiemy…
Natomiast przeglądając dokument możemy trafić na perełki, na przykład co robić Alexander Haig kiedy ogłoszono stan wojenny w Polsce… 

Jeśli ten dokument stanie się elementem gry politycznej obecnej władzy bardzo wyraźnie zostanie pokazane, że historia stała się niebezpieczna.


Te fakty nie były żadną tajemnicą i potwierdzają tylko oficjalną wersję historii. Dzisiejszy problem polega na sporze w interpretacji historii. Jedna strona sporu, nazwijmy ich Niedźwiedziami, przyjmuje fakty historyczne za prawdziwe i przyjmuje konsekwencje tych faktów za naturalne. Druga strona sporu, nazwijmy ich Bykami, powątpiewa w fakty, uznaje, że one są niepełne lub ubarwione jednocześnie chce nadać historii inny wydźwięk interpretacyjny. Byki po prostu historię upolityczniają. Dawno nikt tego w Europie nie robił. Ujawnienie dokumentów CIA ma na celu osłabienie Byków, ale niestety z Bykami jest tak, że im więcej faktów tym większa szansa na ich zmanipulowanie i zamieszanie...

Więcej na: CIA odtajnia

piątek, 18 marca 2016

Cisza drgających słojów powietrznych

Mam wątpliwość czy nawiązanie do Brunona Schulza w kontekście polityki, marnej polityki jest odpowiednie, ale traktuję to jako inspirację, stąd pozostawiam sprawę nierozstrzygniętą. Bohater tego wywodu pełni najważniejszą funkcję w państwie ku przestrodze następnym pokoleniom i być może nic po nim nie pozostanie, a przecież szkoda nie móc uczyć się na gigantycznych błędach.
"Cisza drgających słojów powietrznych" nieodmiennie od wielu już lat kojarzy mi się z samotnym dyktatorem oderwanym już od jednego świata i pogrążony w drugim. Przypadek kierujący czasami ludzkimi losami jest bardziej okrutny niż się tego spodziewamy. Oto stoi przed nami ktoś kto jak, żeby odnieść się do współczesnych mediów, Joffrey Baratheon - nieszczęsny młody król z serialu Gra o tron, jest bezwolny. Ta tragiczna postać, pełniąca rolę marionetki walczy o swoją pozycję w historii dziejów, z góry będąc skazaną na sromotną porażkę. Młody król Joffrey dla zwiększenia dramaturgii wydarzeń politycznych zostaje otruty, ale to nie jedyny scenariusz, która można było napisać nieszczęśnikowi. Szekspir króla Ryszarda III unieszczęśliwił po tysiąckroć każąc mu na koniec jego przygody z władzą prosić o konia w zamian za całe królestwo. Przyglądamy się naszemu bohaterowi pełni współczucia, a czasami i pogardy, i zastanawiamy się dlaczego literatura jest tak dosłowna w ilustrowaniu ludzkich słabości i dlaczego tak kiepsko się jej uczymy (zwłaszcza w ostatnich dynamicznych politycznie czasach).

Z pewnością coraz częściej będzie się mówiło o samotności człowieka postawionego na piedestale. Ktoś odejdzie z gabinetu, ktoś przypomni o przeszłości, aż świat zapomni o człowieku i będzie widział symbol człowieka zagubionego w meandrach własnych wyobrażeń. Marquez charakteryzował kogoś takiego, że:
"stał się człowiekiem zamyślonym i ponurym, i nie zwracał uwagi na to, co do niego mówiono, tylko wpatrywał się w mrok oczu, by odgadnąć to, czego mu nie mówiono". I osiągnął apogeum swojego bycia u władzy w samotności, ponieważ "był tak samotny w swej chwale, że nawet wrogów nie miał". Przerażające! Ale i okrutne. Człowiek pozostawiony sobie samego przestaje odczuwać jakiekolwiek granice jakie nakłada społeczność w jakiej żyje. Wykreowany świat staje się natarczywą oczywistością. Człowiek władzy mówi, że dba o wspólnotowość narodu i zaczyna wierzyć, że to co mówi nie ma służyć samej wspólnotowości ludzi, ale jego uniesieniu w czasie kiedy porywa ludzi magicznym słowem wspólnota lub wspólnotowość. Zatracony w swej ułudzie staje się bardzo podatny na surowe oceny krytyków, aż w końcu postanawia uwierzyć, że jest świat śmiertelnie mu wrogi i musi go zniszczyć. Wtedy pojawia się… okrucieństwo. Prędzej czy później okrucieństwo wychodzi jak larwa z poczwarki i widzimy jak młody, ambitny Joffrey staje się zidiociałym tyranem sterowany jak pacynka palcem twórcy.